Podsumowanie sezonu 2019 cz.1

Kiedy jest najlepszy moment na zrobienie wpisu o minionym sezonie ogrodowym?? Może właśnie teraz, kiedy wiosna spogląda nam nieśmiało w oczy, a rośliny (mimo, że to dopiero luty) zaczynają wybudzać się po zimowym letargu i z dnia na dzień czujemy, że lada chwila będziemy cieszyć się kolejnymi kwiatami.

 

Zawsze miałm spore problemy z jednoznacznym określeniem tych najlepszych, nazdrowszych, najulubieńszych odmian. Wybierając zdjęcia do wpisu podsumowującego sezon wyhaczyłam najzwyczajniej róże, które były najchętniej i co za tym idzie, najczęściej fotografowane. Tym razem to właśnie będzie moim kryterium aby przedstawić wam ulubienice minionego roku.

Może na sam pozątek kilka słów o wiośnie 2019. Bez owijania w bawełnę napiszę tylko, że wiosna była dla mnie totalnym rozczarowaniem. Z tygodnia na tydzień okazywało się, że kolejna bylina nie przeżyła zimy i ostatecznie pożegnałam się z wszystkimi(!) szałwiami, bodziszkiem Summer Skies (którego od razu wytropiłam w jakiejś szkółce i mamrocząc na wysoką cenę zamówiłam) i kilkoma irysami, których nazw nawet nie znałam, a dosłownie zgniły w ziemi.

 Najgorsze jednak miało dopiero przyjść. Czosnki praktycznie przepadły (poza niezawodnymi Mount Everest i kilkoma posadzonymi jesienią), tulipany stanowiły pasy oślich uszu, z których wyrastały pojedyncze kwiaty. Zamiast kolorowej wiosny, do której przywykłam, dostałam głównie zieleń i puste plamy w miejscach, gdzie kiedyś były byliny.

 Ku mojej radości końcówka maja i czerwiec przerosły wszelkie oczekiwania. Kwitnące piwonie i feria barwnych irysów (czuję, że powinny dostać osobny wpis ;P) To było to na co czekałam. Nie zawiodły też róże. Okazało się, że hojność w podsypywaniu końskim obornikiem przekuła się w naprawdę obfite i długie kwitnienie. Nawet suche lato nie wyrządziło większych szkód. Śmiem nawet twierdzić, że ubiegły suchy rok ochronił (chociaż częściowo) mój ogród przed choróbskami grzybowymi, a piękna i ciepła jesień pozwoliła nacieszyć się przedłużonym sezonem.

Przygotujcie się na fotograficzną podróż w ciepłe i zazwyczaj słoneczne miesiące roku 2019. Spróbuję pokazać i może odrobinę opowiedzieć wam o tym jak wyglądały różane rabaty na przestrzeni miesięcy.

Leonardo da Vinci

Jak widzicie na powyższym zdjęciu, udało się nam zawiesić w ogrodzie domki dla owadów. Jeden z nich idealnie wpasował się obok róży Leonardo da Vinci. Co lepsze, już na wakacjach zaczęły z niego korzystać pierwsze murarki. Najbardziej rozchwytywane są wszelkie bambusowe tyczki z pustym środkiem i grubsze kawałki drewna z nawierconymi otworami. W szyszkach póki co same pająki.. brrr.. a miało być dla biedronek.

Hosta T-Rex

Gożdzik

Orlik Barlow Red

Trzeba przyznać, że w maju podlało nas i to solidnie. Praktycznie większość zdjęć z tego miesiąca jest poprzeplatana roślinami w deszczowej odsłonie, a spacer po ogrodzie wiązał się z chodzeniem po trawniku jak po polu ryżowym. Wtedy jeszcze nikt nie podejrzewał, że czeka nas suche i upalne lato.

Nieoficjalny wyścig o tytuł pierwszej kwitnącej róży wygrał Arthur Bell. Mogę śmiało powiedzieć, że to jedna z tych róż, które przetrzymają naprawdę sporo. Zaraz obok niej rośnie spory krzak Forsycji. Korzenie struprocentowo podbierają sobie składniki odżywcze, a jednak różyca kwitnie praktycznie bez przerw.

Arthur Bell

Zaraz po Arthurze zakwitł różany olbrzym od Austina - nie powtarzająca kwitnienia Constance Spry. Cóż to za róża. W czasie swojego spektaklu (trwającego kilka tygodni) nie pozwoli przejść obok siebie bez wyciśnięcia chociaż kilku ochów i achów. Cudo!

Constance Spry

Wystarczyło kilka słonecznych dni i wszystko ruszyło już lawinowo.. Zielony ogród przeobraził się w kolorowe szaleństwo kuszące z każdego kącika nie tylko widokiem, ale i zapachem

Czosnek ozdobny

Lilia św. Antoniego

orlik

ostróżka Morning Lights

Zobaczcie jak wyglądało różane szaleństwo: Na pierwszym planie od lewej: Mme Louis Leveque, Comte de Chambord i fragment krzewu Queen of Sweden. W tle kolejny różany olbrzym. Niezniszczalna i mrozoodporna kanadyjka Alexander McKenzie

Na kolejnej rabacie rolę tła przejęła biała Mme Plantier, którą trzeba naprawdę utrzymywać w ryzach. Jej przyrosty wynoszą ponad metr, a ilość nowych pędów, które jak zdziczałe pchają się w każdą stronę, potrafi przyprawić o ból głowy. Pachnie bardzo intensywnie i kwitnie ścianą kwiecia. Nie choruje. Jedyny minus - nie powtarza kwitnienia. Trzeba się zadowolić kilkoma tygodniami szaleństwa w czerwcu.

Na tej rabacie kwitły ubiegłoroczne nowości. Spóźnione w stosunku do starszych krzewów. O nich będzie w kolejnym wpisie ;)

Augusta Luise

Augusta Luise

Augusta Luise

Od kiedy zrezygnowałam z chemicznych oprysków zauważalnie przybyło odwiedzających nas owadów. Kiedyś trzmiele były jedynie atrakcją, obecnie mam wrażenie, że jest ich więcej niż pszczół...

Hosta T-Rex

... a może to kwestia naparstnic, które swoimi plamkami widzianymi przez trzmiele w ultrafiolecie przyciągają te owady.

naparstnica

Kolejny żółcielek, który w ubiegłym roku pokazał na co go stać. Graham Thomas od Austina. Szczerze? Już spisałam tę różę na straty. Od trzech lat nie potrafiła zbudować ładnego krzewu. Jeśli pokazała maksymalnie 10 kwiatków na cały sezon to ja już byłam w niebo wzięta. W tamtym roku nastąpił wreszcie wyczekiwany boom! Kwitła pięknie od czerwca aż po październik. Ostatnie zdjęcie Grahama robione jest początkiem października.

Graham Thomas

Graham Thomas

Graham Thomas

Ku mojej wielkiej radości zadebiutował również oleander, który zbierał się do kwitnienia od kilku lat. Nie mam pojęcia co było nie tak, wiem natomiast, że w tym roku nie mam co liczyć na kwiaty. Jakimś cudem zapomniałam go znieść przed przymrozkiem. Bidulka stoi teraz praktycznie bez liści i dopiero wypuszcza młode. Musi odchorować moje zapominalstwo

Oleander 

Pashmina. Coś tam lepiej niż wcześniejsze lata, ale poza szaleństwem pierwszego kwitnienia jakoś nie powala na kolana. Za to fotogeniczności nie można jej odmówić :)

Pashmina

Charles de Nervaux. Niesamowita róża, o pięknej kolorystyce i upojnym, silnym aromacie. Potrzebuje podpór, bo jej pędy pod ciężarem kwiatów dosłownie pokładają się po ziemi

Charles Nervaux

Biedermeier. Czy tylko ja mam wrażenie, że bardziej jej do Eden Rose niż tego co można znaleźć u wujka Google pod jej właściwą nazwą? Pomyłka?? A może ten delikatny zielonkawy odcień przesądza o tym, że mam jednak właściwą sadzonkę..

Biedermeier

W tym roku planuję zmianę miejsca dla olbrzymiego - ośmioletniego krzaka róży Mme Louis Leveque.  Jak to bywa na samym początku przygody z ogrodem, nie przewidziałam jej możliwości i zostawiłam dla niej zbyt mało przestrzeni. Bidula nie może w pełni pokazać swojej urody ściśnięta na rabacie. Trzymajcie za nią kciuki, bo naprawdę to jedna z moich ulubienic, mimo, że nie powtarza swojego kwitnienia.

Mme Louis Leveque

Na koniec zostawiłam dwie pannice o mocniejszych kolorach. Na pierwszy rzut trafia Munstead Wood, która kupiona w OBI z mikroskopijnym korzeniem wciąż buduje krzew. Przyjdzie i na nią czas triumfu, bo kolorem i zapachem potrafi oczarować nawet Pana Męża, który zwykle jest odporny na urok róż.

Munstead Wood

Zaraz po angielskiej Munstead Wood przedstawiam jej niemiecki odpowiednik - Soul. Kolor może i podobny, ale na tym podobieństwa się kończą. Munstead jest bardziej pachnąca i pokrój ma raczej krzaczasty. Soul rośnie bardziej kolumnowo i często wybija wysokie łodygi zakończone bukietem kwiatów. Strasznie przypala ją słońce. Koniecznie potrzebuje czegoś co osłoni ją przed lipcowym żarem.

Soul

Soul

Soul

CDN...