Leonardo da Vinci

Aż chciałoby się napisać klasyka klasyk ;) Róża, którą zna chyba każy. Dostępna w większości szkółek stacjonarnych, często spotykana wśród tzw marketówek. Popularna rabatówka.. no właśnie - rabatówka, tymczasem u mnie - pnące szaleństwo..

 

Piersze dwa lata Leonarda (Meilland 1983) nie były wcale zapowiedzią wielkiej miłości. Kupiłam różę, która według opini wielu ogrodników miała być odmianą od lat bijącą rekordy swojej niezawodności, taki pewnik w stylu "kupuj w ciemno". Odporna na choroby, dobrze rosnąca zarówno w pełnym słońcu jak i w półcieniu, nic tylko sadzić i podziwiać, a już najlepiej kilka egzemplarzy w plamach kolorystycznych ;)

Leonardo da Vinci

Tymczasem moja róża stale chorowała i nie popisała się kwitnieniem. Po dwóch sezonach bylejakości dałam jej ostatnią szansę i chyba groźby zaczęły działać. Leonardo zebrał się w sobie i wypuścił niespotykane jak na tę odmianę pędy  wysokości około 2,5 m. Co jeszcze dziwniejsze, pędy, bez większego uszczerbku, przetrwały zimę i wraz z nadejściem lata pokryły się mnóstwem pączków. W ten właśnie sposób doczekałam się wyjątkowego okazu, który corocznie dostarcza przemiłych wrażeń wizualnych.

Leonardo da Vinci

Spore (ok 8cm), gęsto wypełnione płatkami kwiaty zawłaszczyły sobie jedną z kratek trejaża i są świetnym uzupełnieniem kwitnących wiosną wczesnych powojników. Dopiero po kilku latach doceniłam opinie o odporności tej odmiany. Kwitnie praktycznie do przymrozków, zimuje pod kopczykiem. Niestety nie powala zapachem, ale czasami po prostu nie można mieć wszystkiego ;)

Leonardo da Vinci

Leonardo da Vinci

Leonardo da Vinci

Leonardo da Vinci

Leonardo da Vinci

Leonardo da Vinci