Otwieram nowy sezon

Jeszcze tylko osiem dni do kalendarzowego pierwszego dnia wiosny. Śniegu nie ma od zaledwie tygodnia, a ja już zaliczyłam pierwsze "grzebanie" w ziemi :D Wiem, że straszą przymrozkami, ba, mrozami -10C, ale cóż zrobić kiedy całą sobą czuję w powietrzu wiosnę i aż coś się wyrywa w stronę zapuszczonego po zimie i trochę odsuniętego w ubiegłym roku ogrodu.. Hortensje przycięte, pierwsze krokusy sfotografowane. Można śmiało zaczynać nowy sezon ogrodowy..

 

Kiedy jednak zaczynam się nad tym dłużej zastanawiać, to chyba nie potrafię jednoznacznie zdecydować czy cieszyć się przedwiośniem i pierwszymi nieśmiało wychodzącymi kiełkami i kwiatami, czy jednak z naburmuszoną miną uzbroić się w cierpliwość, przeczekać pogodowe zawirowania kolejnych dwóch miesięcy i jakoś dotrwać do maja - ciepłego, soczyście zielonego, pachnącego bzem i konwaliami. 

krokusy

krokusy

Plusy? Cóż, mamy nareszcie kontakt z budzącym się życiem. Pierwsze wschody zawsze napawają nadzieją i są obietnicą cieplejszych dni. Zaczynają kwitnąć przebiśniegi, krokusy, przylaszczki, miodunki.. Każde maleństwo cieszy. Kontakt z ziemią.. nawet plewienie sprawia frajdę :P Do tego dochodzą niemal akrobatyczne pozy podczas robienia zdjęć :D Rozciąganie zaspanych mięśni i ścięgien mamy w pakiecie ;)  W obiektywie przedwiośnie jest piękne i fioletowo żółte. W realu, w szerszej perspektywie (trzeba to powiedzieć głośno) jest głównie błotniste, zaśmiecone liśćmi i zgnilizną zeszłego sezonu, potargane, przybite i takie.. ubogie, jeszcze nie do końca ukształtowane.

krokusy

krokusy

Dwa główne punkty na nie lubię.. no nie lubię.. Po pierwsze: marzec to czas ogrodu w wersji mikro. Czas wiecznie brudnych kolan i wielokrotnego leżakowania na mokrym jeszcze trawniku w celu najlepszego ujęcia miniaturowych krokusików. To ten czas, kiedy trzeba się naprawdę napracować żeby zdjęcie nie straszyło łysymi jeszcze rabatami, pozostałościami po ubiegłorocznych bylinach i wciąż nierozgarniętymi kopcami na różach. A skoro już przy różach jesteśmy. Tak zupełnie na marginesie. Wygląda na to, że wszystkie moje pannice w mniejszym lub większym stopniu oparły się ogromnym mrozom. Nawet zakładniczka glinianej donicy - Biedermeier, wygląda na żywą i chętną do wiosennego wyścigu i zabawę w pączkowanie. Róż jeszcze nie przycinam (chociaż uwierzcie.. ręce świerzbią, a sekator błaga o użycie). Czekam cierpliwie na kwitnienie forsycji..

krokusy

krokusy

I właśnie dochodzimy do punktu numer dwa. Marzec i ta ciągła niepewność pogody. Jak kapryśna nastolata z burzą hormonów. Raz temperatury rozpieszczają nas szybując wysoko ponad 10C na plusie tylko po to, żeby za kilka dni dać nam prztyczka w nos i spaść poniżej 10C.. Ja rozumiem, że w marcu jak w garncu, i że kwiecień plecień jeszcze przede mną, ale jeśli w tym roku znowu wszystko będzie szalało i stawało na głowie to z owoców będziemy mieć jedynie te, które kupimy na bazarku. Już nawet przemilczam rozkminy typu ciąć powojniki? Czy czekać jeszcze z tydzień.. rozgarniać kopce czy może przyjdą znowu mrozy? Przycinać krzewy czy tylko zaszkodzę im swoim pośpiechem? Dzisiaj, przyznaję się bez bicia, nie wytrzymałam i przycięłam hortensje... a miałam tylko usunąć wysuszone, zeszłoroczne byliny. Nie dało mi. Teraz siedzę przed prognozą na weekend, a tam "optymistyczne" -10, śnieg, mróz, poniewierka, powrót zimy... i śpiewam sobie za Rodowiczką.. oj głupia ty, głupia ty..

krokusy

przebiśnieg

Informacja z ostatniej chwili: w tym tygodniu ma dotrzeć pierwsza paczka z nowymi roślinami!! No, i jak tu się na dłużej burmuszyć i obrażać na marzec :)