Gorzkie żale..

Nooo.. i przyszły mrozy, mimo, że do samego końca nie chciałam wierzyć, że koniec lutego poczęstuje nas takimi temperaturami.  A moje róże zostały bez okrycia. Tylko miernej jakości kopce :( Post z cyklu - bez kija nie podchodź, bo gryzę, marudzę i narzekam..  tym razem na własne niezdecydowanie..

 

Niezdecydowanie i to takie podszyte lenistwem. Przecież mogłam otulić wszystko w grudniu. No mogłam. W listopadzie ogarnęłam czas na  kopce, ale stwierdziłam, że jest zbyt wcześnie na agrowłókninę. A specjalnie kupiłam nową. Na ogrodzie nie ma co oszczędzać- stwierdziłam. Stara wyeksploatowana poszła już w odstawkę, a świeżutka czekała złożona w spiżarce - gotowa do użycia gdyby zaczęło się drastycznie ochładzać. Mróz?? Tak, poproszę. Jestem przygotowana, a mróz mile widziany - wszelkie szkodniki wybije i będzie mniej tego latało w lecie.

 

W grudniu spadł pierwszy śnieg. Temperatury były nadal łaskawe i oscylowały blisko zera. Odpuściłam, pamiętając o wyczytanej gdzieś mądrości, że przegrzanie szkodzi czasem bardziej niż chłód, że rośliny wypuszczają wtedy zbyt szybko pączki i potem marzną.. No to moje nie wypuszczą teraz wcale. Coś czuję, że będzie powtórka z rozrywki. W tamtym roku straciłam kilka krzewów (mimo okrycia), żal był okrutny.. w tym roku będzie pogrom.

Dzisiaj temp w południe sięgała -11.  Nocą dochodzi do -20. Normalnie wyję.. A mogłam dać wiarę prognozom.. Ale niee, no po co. Przecież to już końcówka miesiąca, za moment wiosna i w ogóle ciepło i forsycja będzie kwitła i przycinanie i sezon ogrodniczy w pełni.. Kto wierzy w bajki o dwucyfrowych mrozach na zakończenie zimy.. Mam za swoje.. Teraz tylko robię analizy i myślę o tym co przetrwa, a z czym przyjdzie mi się pożegnać. Mam za swoje. Za rok owijam już w grudniu.. Byle do wiosny..