Mamy czas...

Jedną z przypadłości tzw dorosłości wydaje się być nagła zmiana w sposobie odczuwania upływającego czasu. Będąc dzieckiem wiecznie się na coś czekało. Wakacje, początek roku szkolnego, zima, Mikołaj, urodziny, Święta, wiosna, lato, znowu wakacje.. Dni dłużyły się niemiłosiernie, tygodnie ciągnęły w nieskończoność, a miesiące i lata to w ogóle traktowałam jako coś tak odległego, że nawet nie wartego planowania..

 

Nawet nie zauważyłam jak gdzieś po drodze, wraz z przybywającymi latami wszystko się zmieniło. Nagle okazuje się, że czas, który wlókł się i uczył cierpliwości to podobno ten sam, który teraz niepowstrzymanie przecieka mi przez palce i biegnie zbyt szybko. Też tak macie? Czujecie nieustanną gonitwę?

Mówią, że świat oszalał i pędzi ku końcowi. Żyjemy dłużej, ale paradoksalnie nie mamy czasu na nic. Zawsze jest sto różnych powodów aby zostać dłużej w pracy. Tysiąc spraw do załatwienia zanim usiądę z dzieckiem aby je najzwyczajniej przytulić i posiedzieć bez słów i bez zastanawiania się co mam jeszcze do zrobienia..

Ostatnio kopiowałam pliki z telefonu i zatrzymałam się dłużej nad zdjęciem z ubiegłego roku.. Takim jeszcze z brzuszkiem :) Wyliczyłam po dacie 36 tydzień ciąży. Wydaje się jakby to było wczoraj, a przecież w ostatnią niedzielę minęło dokładnie 36 tygodni jak Maleńka jest już na świecie (widzieliście zestawienie in&out na IG?). Jeszcze moment i będziemy świętować pierwsze urodziny. Tymczasem w myślach nadal świeża relacja z godziny zero.

stópki

Maleńkie stópki.. nie potrafię oglądać bez uśmiechu...

Niedzielny poranek i to uczucie, że już czas. Pierwsze skurcze, ogarnięcie opieki dla "starszyzny", pokrzyżowanie co niektórym planów weekendowych :* ( a obiecywałam, że w każdy dzień tylko nie w niedzielę :P ). Szybki rekonesans spakowanej wcześniej torby - żeby niczego (tym razem) nie zapomnieć.. już mieliśmy przygody z pozostawioną w domu kartką z grupą krwi, kartą ciąży, dowodem osobistym.. za czwartym razem miało być wreszcie podręcznikowo i bez stresów.  Poza tym - mamy czas. Zdążę zrobić śniadanie, zaczesać dziewuchy, ubrać siebie i dzieci jak należy.. w międzyczasie skurcze - coraz częstsze i boleśniejsze.. zadziory jedne.. kto zna, ten wie ;)

A więc w drogę. Do szpitala jedyne 28 km, świetny czas na chłodną analizę sytuacji. Mamy wszystko, prawda? Nie dajmy się zwariować - bierzemy to na spokój, wiemy co nas czeka.. skurcz.. właściwie to Pan Mąż ma wprawę i mógłby odbierać poród w aucie ;) hehehe - nie chcę rodzić w aucie.. a wiesz, że widziałam taki filmik, na którym dziewczyna zmuszona była urodzić w aucie.. skurcz.. włącz radio - mała lubi muzykę. Jeszcze jakieś 20 min i będziemy na miejscu. Ile TO tym razem potrwa? Czy zdążę się zmęczyć skacząc na piłce? Czy dopadną mnie bóle krzyżowe? Czy spakowaliśmy oliwkę do masażu?... skurcz..  Tylko bez paniki.. Skupiam się na tym co jest za szybą, słucham radia..

Mam jechać szybko i niekomfortowo czy wolniej i mniej zamaszyście? Jedź wolniej.. może się jeszcze rozejdzie :P Poród się rozejdzie?.. hahahaha.. słodka naiwności.. Jakoś dziwnie nie mam skurczy... skuuurcz.. ooo, ten był bolesny.. Nie lubie szpitali. No niby nikt mi nic złego nigdy nie zrobił, ale nie lubię..  Chyba dopadają mnie nerwy i najzwyczajniej zaczynam się bać. Wiem doskonale co mnie czeka.. Siadamy jeszcze przed wejściem na Izbę Przyjęć  i upewniam się, czy jednak się nie rozeszło ;) Mierzymy częstotliwość, a ja ostatni raz próbuję zasugerować powrót do domu.. może jednak nie dzisiaj ;) Nadal mam skurcze. Nie ma wyjścia, wchodzimy do środka. Czas rodzić. Oczywiście Pan Mąż idzie ze mną. Nawet  przez myśl nam nigdy nie przeszło żeby nie rodzić razem. Szybkie przyjęcie na oddział, badania. Uśmiechnięte Panie Położne - pytam o kartę stałego klienta.. Sympatyczny Pan Doktor. Krótki wywiad, śmieszki i żarty. Zawsze mamy szczęście do personelu.

Anegdotki z sali porodowej.. podobno czwarte dziecko to tylko kichnąć i wyskoczy.. hmn.. to samo mówili o trzecim, a wcześniej o drugim.. skurcz za skurczem.. byle równomiernie oddychać, skupić się na oddechu, a wszystko przetrwamy, jak zwykle. Pan Mąż będzie masował plecki, a ja będę oddychać.. matka natura załatwi całą resztę. I pamiętaj - ból siedzi w twojej głowie.. oddychaj.. Wchodzimy do "naszej" sali. Za kilka godzin będę się śmiać. Za kilka godzin zapomnę i będę płakała ze szczęścia...  godzin?? Maryś ma inne plany i najwyraźniej się śpieszy: pół godziny od wejścia do sali! Nowy rekord :D Szczerzymy się do siebie z Panem Mężem... I jest jeszcze Ona. Ciepła, miękka, maleńka, delikatna, piękna i.. głodna ;) Nasz prywatny cud.. kolejny..

opaski noworodka

 Szpitalna biżuteria ;)