Wdech i wyyyydech.. damy radę :)

Chyba każdy ma kiedyś gorszy dzień. Uchroń Panie tych, którzy muszą wtedy stanąć na naszej drodze.. Oczy miotają błyskawicami przy każdym spojrzeniu. Wyładowania elektryczne przemieszczają się od końcówek palców u stóp aż do krtani, gardła, ust i wtedy, zanim zdążymy cokolwiek przemyśleć, wychodzi potok słów, który delikatnie mówiąc nie przypomina pertraktacji pokojowych...

 

 

Złośliwi powiedzą, że my, kobiety, mamy takie dni co miesiąc, że to hormony, że PMS i że trzeba się do tego przyzwyczaić. Ostatnio jednak złapałam się ma tym, że TAKIE dni zaczęły rozrastać się w tygodnie i tak właściwie przez większość czasu nie potrafiłam się najzwyczajniej zrelaksować. Wszystko mnie irytowało, każda głupotka wyprowadzała z równowagi, a głośniejsze krzyki dzieciaków działały jak przysłowiowa  płachta na byka czy iskra na beczkę prochu.

W pewnym momencie byłam już tak spięta i zakręcona, że każde dodatokwe obowiązki spisywałam sobie na liście - żeby nic mi nie uciekło, a wieczorami torturowałam się punktami, których nie udało się zrealizować. O jakimkolwiek czasie dla siebie nie było mowy. Nocami wykradałam dobie po kilka godzin, ale cóż można zrobić nocą i to po całym dniu pracy na pełnych obrotach? Nawet ogród poszedł w odstawkę i byłam w nim raczej gościem niż właścicielem. Bo przecież czas kiedy niemowlak śpi można wykorzystać na składanie prania, gotowanie, przetwory albo pomoc w zadaniach domowych starszaków... a zadania to mały pikuś. Dochodzą jeszcze organizowane przez szkołę konkursy. Trzeba znaleźć wiersz/piosenkę, pomóc  w interpretacji, znalezieniu podkładu muzycznego, ćwiczeniach.. Wszyscy mają być zadowoleni. Nie chciałam żeby ktokolwiek odczuł, że go zaniedbuję albo mam dla niego mało czasu. A przecież czasu realnie było mniej. Każdy kto miał przyjemność opiekowania się niemowlakiem wie o czym piszę. Zaczęłam się w końcu zastanawiać jak to możliwe, że przetrwałam tyle lat mając pod opieką trójkę dzieci z niewielką różnicą wieku , a teraz ta trójka odchowana i jedna mała istotka daje mi tak popalić, że nie mogę się z niczym ogarnąć. Co jest ze mną nie tak... Zrzuciłam winę na tzw zmęczenie materiału, ale najbardziej dostawało się niestety domownikom. Tak to już jest, że dobry czy zły humor zawsze udziela się twojemu otoczeniu. Wrzesień był dla nas drogą przez mękę.

Dopiero Pan Mąż, obserwując wszystko z szerszej perspektywy uświadomił mi, że staram się za bardzo i próbuję sama sobie udowodnić, że wszystko jest po staremu, dam radę i z niemowlakiem pod pachą mogę przenosić góry.. Pracochłonny obiadek według życzeń – nie ma sprawy. Ciasteczka na szkolną imprezę- już się robi. Deserek lub ciasto na weekend – standard.. A do tego posprzątany dom, pachnące pranie - posegregowane i rozłożone w odpowiednich półkach, pozmywane naczynia i oczywiście najważniejsze: szczęśliwa, uśmiechnięta mama, która jest w swoim żywiole i ma czas na kawę.. taką ciepłą.. i dobrą książkę.

Nie chodzi nawet o to, że się nie da wszystkiego ogarnąć. Oczywiście, że można. Tylko jakim kosztem? Dzięki Ci Boże za Pana Męża. Dzięki, że posadził mnie wreszcie na tym odzianym w dresy tyłku i kazał wyraźnie słuchać.

„Dzisiaj na obiad pizza.. taka zamówiona. Ty siedzisz i łapiesz oddech. Obiady nie muszą uwzględniać wszelkich życzeń kulinarnych domowników. Ma być smacznie i szybko. W weekendy gotuję ja i dzieciaki. Pranie po wysuszeniu może poleżeć, nikt go nie ukradnie, a do mycia naczyń można zaangażować dzieci, podobnie jak do sprzątania ich pokoju”

Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak ciężko odpuścić.. mimo, że jest przyzwolenie z góry ;) Przecież nikt nie zrobi tak jak ja. :D

Powolutku, małymi kroczkami zwalniałam tempo i oto jestem.. Obiad gotuję na dwa dni, w zlewie kubki i talerze leżące od śniadania (czasem od kolacji), domowe ciasteczka pojawiają się wtedy kiedy jest czas je zrobić, a nie wtedy kiedy ktoś ma ochotę na coś słodkiego. Oczywiście zdarza mi się spełniać zachcianki dotyczące menu – gotowanie i pieczenie zawsze sprawiało mi przyjemność, ale nic kosztem moich nerwów. Przyjdzie czas, że wszystko wróci do normy. Będę zorganizowana i punktualna, a póki co są dni, że obiad podaję o trzeciej czy czwartej po południu, a wieczorem wchodzę do sypialni omijając klocki lego, które czyhają na stopy (mimo, że dzieci już posprzątały) i odkładam porcję pachnącego prania (kolejną) na swój fotel hańby ;) 

Wdech i dłuuugi wyyydech.. będzie tylko lepiej :) 

 

Sypialniany fotel hańby ;) Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień...